Chiny w jeden dzień :: Pekin i Wielki Mur

Chiny nigdy nie były dla nas jednym z ważniejszych celów do odwiedzenia. Oczywiście kto by nie chciał stanąć na Wielkim Murze Chińskim albo zobaczyć centrum Pekinu. Tak więc kiedy okazało się, że możliwe jest takie zaplanowanie lotów do Malezji, żeby móc zatrzymać się na 1-2 dni w Pekinie, skorzystaliśmy z okazji. Założyłem, że w czasie nie całych dwóch dni jesteśmy w stanie zaliczyć główne punkty programu.

W Pekinie wylądowaliśmy popołudniu, od razu przeżyliśmy szok termiczny – z 35 st. C w Singapurze do niemal – (minus) 10 w Pekinie! Miasto o tej porze roku robi raczej przygnębiające wrażenie. W czasie pierwszego wieczornego spaceru ulicami miasta o mało nie zostaliśmy kilka razy potrąceni albo przez samochody, które nie zatrzymują się na pasach, albo przez bezszelestnie poruszające się motorowery elektryczne, których właściciele za nic mają przepisy ruchu drogowego, a w tym przejścia dla pieszych.

Po krótkim rekonesansie wróciliśmy do naszego skromnego hoteliku 161 zlokalizowanego w jednym z bocznych uliczek z hutongami. Byliśmy tak zziębnięci, że od razu poczuliśmy się chorzy. Na dodatek recepcjonista wspaniale przewietrzył nam pokój. Nawet gorąca 20-minutowa kąpiel niewiele pomogła.

Rano oczywiście okazało się, że nasz plan pobudki o 6:00 jest zbyt ambitny i nie dotrzemy na mur o 8:00, jak planowaliśmy. Poza tym nasza planowana krótka wizyta w bankomacie zmieniła się na odwiedziny siedziby banku, gdzie spędziliśmy godzinę, żeby wypłacić gotówkę. Z bankomatami w Pekinie jest różnie. Nie był to duży problem, mieliśmy zapas czasowy założony w harmonogramie. Do Badaling, gdzie znajdują się jedne z lepiej zachowanych części muru, można dotrzeć autobusem spod De Sheng Gate. Wprawdzie zgodnie z planem na miejsce mieliśmy dojechać autobusem nr 919, ale obsługa pokierowała nas do linii 877. W końcu po półtoragodzinnej podróży dotarliśmy na miejsce.

Mur faktycznie robi wrażenie. Dopisała nam piękna pogoda i mieliśmy możliwość podziwiania wspaniałej budowli przy bezchmurnym niebie. Co prawda temperatura poniżej zera dokuczała niemiłosiernie, jednak udało się zrobić kilka znośnych zdjęć.

Powrót do Pekinu był już mniej komfortowy, w autobusie było potwornie zimno i cała nasza ekipa miała dość. Ale plan mieliśmy ambitny – dotrzeć do Zakazanego Miasta. Dziewczyny już przemarzłe i głodne mocno lobbowały za znalezieniem ciepłego kąta w jakiejś lokalnej jadłodajni, ale żadnej takiej na naszej drodze przez Plac Tiananmen nie spotkaliśmy. Szukanie jedzenia w innej części miasta nie wchodziło w grę, bo nie zdążylibyśmy wejść do kompleksu pałaców przed zamknięciem. Nie spodziewaliśmy się też, że jest on tak rozległy i zwiedzenie całości, nawet pobieżne, zajmie nam dwie godziny! Wreszcie głodni, zmęczeni, zmarznięci, ale szczęśliwi już na zewnątrz murów dopadliśmy do pierwszego lepszego ulicznego kuchty, który przyrządzał pachnące placki z nadzieniem z jajek, jakiejś kiełbasy i sosów. Przysmak ten nie był najgorszy i już w miarę pożywieni dokończyliśmy spacer po Pekinie.

W planie mieliśmy jeszcze wizytę na targu, gdzie mieliśmy zamiar zrobić małe zakupy. Siedząc na ciepłej herbacie i kawie w ultra drogim domu handlowym, korzystając z apki  Tripadvisor, znalazłem informację, jak dotrzeć do jednego z takich targów. Targ Pearl Market (Hongqiao Market) otwarty jest co prawda tylko do godziny 19:00, ale postanowiliśmy spróbować zdążyć przed zamknięciem. I udało się! Na miejsce dotarliśmy dosłownie kilka minut przed końcem handlu! Nie mając czasu na spokojne zakupy właściwie przebiegliśmy tylko kilka pięter ze stoiskami. Nie chcąc przywieźć z Chin żadnej tandetnej pamiątki postawiliśmy na wspaniałe szachy, ale ich cena w przeliczeniu na polską walutę około 700 zł nas mocno zniechęciła. Nie zniechęcił się natomiast właściciel stoiska, na którym upatrzyłem sobie owe szachy. Chińczyk nie dał za wygraną i nie pozwolił nam odejść. Postanowiliśmy wykorzystać sytuację i po doprowadzeniu sprzedawcy do śmiechu, płaczu i zdenerwowania na zmianę ustaliliśmy finalną cenę na poziomie… ok. 50 zł! To na pewno rekordowy rabat w historii moich zakupów.

W markecie, gdzie planowaliśmy kupić trochę drobnych prezentów dla rodziny, przyjaciół i znajomych, spotkała nas kolejna przygoda. Okazało się, że karty płatnicze nie-chińskie nie są respektowane. Niestety w Chinach prawie nikt nie mówi po angielsku, więc przy kasie, gdzie za nami stała kolejka ludzi, wywiązała się głośna dyskusja. W efekcie musieliśmy zostawić część zakupów i zapłacić resztą gotówki, która nam pozostała.

Nie inaczej jest w barach, tam też płacić można tylko gotówką, a dogadać się nawet na migi to karkołomne zadanie. Oczywiście nie dostaliśmy tego, co chcieliśmy. Choć właściwie nie do końca wiedzieliśmy co warto zjeść. Wybraliśmy pokazując palcem dania, które podobały nam się wizualnie u innych gości jadłodajni. 🙂

Malezja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s